środa, 05 listopada 2014
konec

Niestety stare dobre powiedzenie, że nic w życiu nie trwa wiecznie, jednak się sprawdza, bo nadszedł czas, aby zakończyć rzeczy, sprawy, które od dłuższego czasu same się kończyły, zamykały, tylko należało się do tego przyznać, że to już naprawdę koniec i zrobić krok dalej.

I tak jest z tym blogiem, który przymierał od jakiegoś czasu. Pisałam go dla siebie, ale miło mi było, jak ktoś czasem tutaj zajrzał i polubił to, co ja lubię czy znalazł coś inspirującego.

Jestem człowiekiem piszącym, którego każdego dnia zalewa natłok myśli, goniących przez głowę. Z 10 razy dziennie wymyślam przypadkowo zdania czy historie, które powinnam spisać, ale nie robię tego z braku czasu albo czegoś do pisania pod ręką. Pozwalam takim gotowym fabułom odpłynąć, myśląc, że pisanie, to jednak nie moja droga. Ale wiem, że kiedyś się o siebie upomną i powstanie z tego coś dla innych. Na razie karmię swoją głowę i serce książkami, pochłaniam fragmenty, przetwarzam w sobie, zapominam lub przytulam na zawsze.

Blog nie był miejscem na takie myśli. Blog był miejscem na zatrzymywanie małych chwil i przyjemności. Na pokazanie kawałka Moraw, które kocham bardzo, czasem książek, z którymi wędrowałam przez kolejne dni. Na morawskie wina, które teraz są już coraz bardziej znane, ale kiedy my je odkrywaliśmy, nikt nie wierzył, ze Czesi potrafią zrobić dobre wino. Duża w tym zasługa pana Zbyszka z winozmoraw.pl, który od paru lat z sukcesami wprowadza je na polski rynek i w przemyślany sposób promuje wśród polskich autorytetów piszących o winie. I dla jasności: nie wiąże mnie żadna umowa z tym sklepem i nie polecałam ich za pieniądze, jak kiedyś zarzucił mi czytelnik w mailu.

Przez ponad 5 lat zatrzymywałam te chwile tutaj, wiedząc, że ktoś czasem je podgląda i wyciąga z nich coś dla siebie. Dziękuję i do zobaczenia gdzieś na morawskim szlaku!

A na koniec wędrówka przez Pawłowskie Wzgórza podczas naszych ostatnich wakacji na Morawach.

piątek, 17 października 2014
Mikulov kawowo

Marzy mi się kominek, przy którym w takie zimne i szare dni, jak dziś, usiądziemy z filiżanką dobrej kawy i croissantem.


Kawowy dzień zawsze zaczynam filiżanką cappuccino, a potem najczęściej espresso lub moka. Cierpię, kiedy ktoś mi proponuje rozpuszczalną lub o zgrozo po turecku. Lubię wiedzieć, w której kawiarni parzą dobrą kawę i tam wracam. Nie rozumiem tej wszechobecnej mody na chemexy czy aeropressy, która panuje w Polsce. Wolałabym w wiedeńskim stylu wypić cafe melange. Podczas urlopu również zaczynamy dzień od kawy.

W pobliżu Mikulova, w miejscowości Klentnice polecam Cafe Fara. Niesamowity klimat, dobra kawa i pyszne jedzenie, bo Cafe Fara to również świetna restauracja. Od czasu, kiedy byliśmy tam pierwszy raz, bardzo się rozrośli i teraz można tam nawet zamieszkać w jednym z kilku klimatycznych apartamentów.

Można też zwiedzić Muzeum Kawy, obejrzeć stare młynki, wypalarki czy ekspresy i napić się kawy pośród tych eksponatów lub w ogródku.




piątek, 03 października 2014
Mikulov na nowo

Oglądam swoje zdjęcia z wakacji i przez chwilę zachowuję się jakbym tam nie była, to nie ja na tych fotografiach, to jakaś para z ponad rocznym chłopcem przemierza brukowane ulice i kamieniste ścieżki Mikulova. Piękne widoki, uśmiechnięte dziecko, dobre jedzenie, wino. Cudownie!

Jesteśmy bardzo dobrze zorganizowani, a nasz mały człowiek przemieszcza się z nami wszędzie od urodzenia - w wózku, na plecach, od jakiegoś pół roku coraz dłużej i więcej na własnych nogach, dłuższe i krótsze wycieczki pociągiem, całodniowe spacery po mieście, kawiarnie. Ale wyjazd do Mikulova, wakacje z dzieckiem, to już wyższa szkoła jazdy. I nie dlatego, że nie sposób tego zorganizować, ale dlatego, że oczekiwania względem urlopu, że będzie urlopem stają się złudne. To takie same codzienne rytuały, tyle że w innym otoczeniu. Wracasz szczęśliwy, ale zmęczony, jakbyś nie był na urlopie. Jesteś rodzicem, idziesz ze swoim dzieckiem za rękę, pokazując mu świat. I choć marzysz, aby usiąść z butelką wina i nic nie musieć, nie słyszeć, nie wstawać, to niemożliwe. W zamian dostajesz coś więcej, magię odkrywania świata na nowo.

Mikulov, choć odwiedzany przez nas tyle razy, odkrywaliśmy właśnie na nowo. Małe stopy biegały po całym mieście w poszukiwaniu kamieni -  tak, to wielka pasja! Ręce pełne kamieni, przekłądanie, wyrzucanie, podnoszenie, itd. A Mikulov to raj dla pasjonata kamieni, a Święty Kopeczek czy Kozi Hradek to już kamieniowe zagłębie. Każda kostka w chodniku warta jest zbadania, a nuż uda się ją podnieść, każdy schodek, każda studzienka kanalizacyjna zasługuje na swoją porcję kamieniowego pożywienia.

Dla niego to był raj, całe dnie coś nowego, swobodne poruszanie się, bez obaw, że pochłoną go ruchliwe ulice miasta. My wyrywaliśmy chwile dla siebie, na spokojną filiżankę kawy, na kieliszek wina, bo na butelkę nie było możliwości ani sił. Czasem w biegu zjadaliśmy obiad, bo nasz mały egzemplarz jest mistrzem ucieczek, chodzenia w swoją stronę, chodzenia wtedy, kiedy wszyscy siedzą i siadania na środku ulicy, kiedy trzeba iść. Z zachwytem próbował moszczu winnego od Horta - tak, tak, w wieku 15 miesięcy wypił swojego pierwszego Pinota! :-)

Jak zawsze jednak Mikulov nas zachwyca. Staję w swoim magicznym miejscu, spoglądam na odległe, ledwo widoczne Karpaty i wiem, ze wrócę tu kolejny i kolejny raz. A kiedyś może zamieszkam, bo za każdym razem takie pomysły powracają.


Poniżej nowe miejsce na kulinarnej mapie Mikulova: Bistro KUK, do którego wpadaliśmy co rano na śniadanie. Pieczywo wypiekają na miejscu i serwują z dodatkami typu łosoś, kozi ser, suszone pomidory, szynka parmeńska. Jest też coś na słodko. Do tego pyszna kawa, wino i lokalne piwo Mamut. I jako jedyne miejsce jest otwarte tak wcześnie, bo reszta zazwyczaj od 9.00 lub 10.00. A jak wiadomo z małym człowiekiem nasz dzień zaczyna się o 6.00, więc o 8.00 już bardzo chce nam się kawy i śniadania. Na kolację też wpadaliśmy. :-)

wtorek, 12 sierpnia 2014
Vinaři

W ostatnią niedzielę sierpnia startują "Winiarze" - nowy czeski serial o morawskich winiarzach. Serial pewnie jak to serial, ale Mikulov i palawskie wzgórza zobaczyć trzeba. Telewizja Prima o 20.15.

A wcześniej na żywo - za 5 dni startujemy do Mikulova! :-)

21:23, tajnosti , winnie
Link Komentarze (2) »
czwartek, 17 lipca 2014
ach Muzika!

Mogłoby się wydawać, że mając roczniaka z nadmiarem energii, nam już energii na nic nie wystarcza. Fakt na wiele rzeczy nie ma się już wolnej chwili, wielkie wieczorne wyjścia zamieniły się w dwuosobowe wieczory domowe. Przyjaźnie same się zweryfikowały, wiadomo - centrum mojego świata, to teraz on. Nie znam najnowszych plotek z pracy, branżowych wpadek i sukcesów, beztroskie wyjazdy, czy weekendowe wypady już nie takie, jak kiedyś. Ci z dziećmi jakoś za bardzo stacjonarni i mało ruchliwi, a bezdzietni z kolei pewnie nudzą się w naszym towarzystwie. Zostaliśmy gdzieś po środku, co nie znaczy, że nie spotykamy już wartościowych osób i nie odwiedzamy ciekawych miejsc. Przeciwnie, całe dnie chodzimy, chodzimy...

A wieczorem delektujemy się ciszą i spokojem. A nic tak nie wprowadza spokoju w zmeczoną całym dniem głowę, jak kieliszek dobrego wina. Trafiło się takie w ostatniej dostawie z winozmoraw.pl. Że lubimy pinoty, to wiadomo nie od dziś, a to kupaż pinota z zweigeltrebe, któremu do pinota bardzo blisko. Dodatkowo historia z fermentacją w otwartej kadzi i ręcznym mieszaniem wytłoczyn. Niesamowite w tym wszystkim jest to, że wino kosztuje 28 zł! Nic tylko kupować kartonami, bo to naprawdę kawał dobrego wina. Chapeau bas pane Nestarec!



 

14:55, tajnosti , winnie
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 lipca 2014
Mikulov czeka

Kocham swoje życie i to, co mam. To, że od prawie 15 lat budujemy je we dwoje. Teraz brakuje w nim jedynie odrobinę spokoju: samotnej wyprawy na łąkę, leżaka w ogrodzie z dobrą książką, czasu na pisanie. Porzuciłam te małe przyjemności na rzecz wychowywania małego człowieka, który rozumie coraz więcej i może już w niedalekiej przyszłości podaruje mi czasem chwilę tylko dla mnie. Będę czekać, cierpliwie. Cierpliwość to niewątpliwie coś czego uczy mnie każdego dnia.

Tymczasem przed nami w sierpniu podróż na Morawy, do Mikulova. Musi zobaczyć to miejsce i zakochać się tak, jak my.





poniedziałek, 17 marca 2014

Mentalnie jestem stamtąd. Coraz bardziej. Im mocniej wsiąkam w to miasto, tym bardziej mnie tu nie ma. Im bardziej znam każdy kąt, opanowuję ogromną przestrzeń, tym bardziej tęsknię do małego, ciasnego miasteczka na Morawach. Im większy jest mój syn, tym większe jest moje pragnienie, aby wychowywał się w małym, spokojnym miejscu, które całe będzie naszą oswojoną przestrzenią. Tutaj mamy fragmenty, przeskakujemy z jednego do drugiego. Mijamy miejsca, których nie lubimy, żeby dostać się do tych ulubionych.

Kiedyś dni dzieliły się na te, w które trzeba wstać wcześnie i postarać się nie spóźnić do pracy albo spóźnić tylko trochę i na te, w które można spać do 13. Dziś każdy dzień rozpoczyna się pomiędzy 5.30 a 6.00. Nie odróżniamy weekendów od dni w tygodniu. Jakże byłoby cudnie wyjść o świcie, w dzień, który nie wiem, jakim jest dniem,  na ten maleńki ryneczek. Albo wdrapać sie na Święty Kopczek, popatrzeć z góry na rozpoczynający się dzień i pomyśleć, że lepiej być nie mogło.

środa, 12 lutego 2014
wino na Walentynki

Biodynamiczny Zweigl i tym razem nie morawski. Jedziemy z Mikulova na południe, prawie w lini prostej do Morawskigo Morza trafimy na Jezioro Nezyderskie, a tutaj niedaleko w Neusiedl mieszka rodzina Alexa Koppitsch-a, która od trzech generacji pała się wytwarzaniem wina.

Dziwna, kreskówkowa etykieta średnio zachęca do kupna, ale człowiek zmęczony, na obrazki aż tak nie zwraca uwagi, a kawałek Austrii w butelce, pośród ekologicznych marchewek i kiszonej kapusty, cieszy oko. Towarzystwo takie zacne, bo wino udało nam się kupić na Bio Bazarze. I to serce takie walentynkowe, choć walentynek nie doczekało. Po kolejne trzeba się udać, bo proste i prawdziwe to wino! A kochajcie się nie tylko w Walentynki. :-)



22:04, tajnosti , winnie
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 30 stycznia 2014
ptaki

Uwielbiam lato, jestem zdecydowanie ciepłolubnym zwierzęciem, które lubi się wygrzewać na słońcu. Lato ze zdjęciami pod słońce, z przemierzaniem kilometrów, kiedy jedynym zmartwieniem są wygodne buty. Bez czap, szalików, 3 warstw i kaptura z futrem (sztucznym!) na głowie, który ogranicza widzenie z dwóch stron. Jedno moje dalekowzroczne oko wygląda już wiosny, a tymczasem zima sprawia, że nie mamy ochoty nawet wynurzać nosa spod ciepłych, puszystych koców, bo ciągle biało, biało i nic się nie dzieje. Śpimy i czekamy na ruch w ciepłą stronę. I jeszcze ten wschodni powiew, znad Uralu morze. Każe nam siedzieć prawie tydzień w domu i patrzeć przez okno, jak każdego dnia ten sam cykl zaczyna się od nowa. Ptaki i zmarznięci, wkuleni w sobie ludzie - dwa światy pragnące słońca.

O świcie przylatują sikorki. Dom jest drewniany, więc wyraźnie słychać, jak na werandzie dziobią zmarzniętą słoninę i wieprzowe żeberka. Te drugie wieszam po to, by obserwować, jak powoli znika mięso i pojawiają się nagie kości. Kilogram starcza na mniej więcej miesiąc.

Im mróz jest silniejszy, tym głośniejsze są uderzenia dziobów. Lekkie i kruche ptaki wyrywają okruchy zmarzniętego mięsa z drapieżną energią.

(...)

Krajobraz za oknem jest wielki, biały i całkowicie nieruchomy. Przez całe dnie nic się nie dzieje. Tylko one wirują, podfruwają, odlatują, by zaraz powrócić po kolejny ptasi kęs. (...) Są szybkie i ani na sekundę nie pozostają w bezruchu. Co zjedzą natychmiast spalają. Gdy czasami temperatura spada i robi się minus piętnaście, minus dwadzieścia, wyobrażam sobie ich noce. Siedzą na jakiejś gałązce w zakamarku, gdzie nie dociera wiatr, stroszą piórka i puchowe podbicie, by zachować jak najwięcej ciepła. Aż po krańce świata rozpościera się stężały od mrozu mrok, a one próbują przeżyć, wsłuchane w znikomy stukot sikorzych serduszek. A potem przychodzi świt i obierają do białego świńskie kości.

U nas sikorek mało, bo i słoniny nikt nie powiesi. To latem, kiedy ziarna w bród, starsze panie z uporem maniaka wysypują na trawniki ususzony, pokrojony w zgrabne kwadraciki, chleb. Grzaneczki dla okropnych gołębi, które zjedzą wszystko, co dostaną, nawet siebie nawzajem.

A sikorki? Małe pierzaste kulki z ciepłem w środku i terkotem serduszka jak ćwierć ziarna grochu.


Fragmenty z felietonu Ptaki Andrzeja Stasiuka, z najnowszej książki: Nie ma ekspresów przy żółtych drogach.

poniedziałek, 09 grudnia 2013
ota od pinota

Był śnieg wczoraj, nieduży, ale biały, więc śnieg. Życie zatacza koła w takim tempie, że umknął mi cały listopad. Mikołaj, który nie miał dla mnie żadnego prezentu, uświadomił mi, że już grudzień, jego tydzień. Za dwa Święta i odwieczne starania o to, żeby nie kojarzyły się z telewizorem, jedzeniem i narzekaniem, o wprowadzenie nowej świeckiej, swojej tradycji. Slow food, slow life - choć w obecnej sytuacji nie ma czasu na celebrację momentów.

Wspominałam o Ocie - był, ale jak ten wczorajszy śnieg stopił się we wspomnieniach. Nawet zdjęcie się nie zachowało, tak szybko przemknął któregoś wieczora. Na pewno warto, bo to najbardziej autentyczny z autentystów, głębię Moraw wydobywa w każdym łyku. Ktoś krzknie, jakich Moraw, przecież to Pinot czerwony i smakuje jakby powstał z francuskich gron, a tam białe winorośla królują. A mi Morawy kojarzą się z Pinotami o głębokim, pełnym smaku z nutami czerwonych owoców, z wiekiem przechodzących w aromaty korzenne. I taki jest Ota - ot klasyk, metodą tradycyjną uzyskany, prawdziwie slow - choć za szybko znika z kieliszka. Na świątecznym stole na pewno trochę pogwiazdorzy, zwłaszcza, jesli nie zdradzicie tym, którzy znaja się na smaku pinota, że z Moraw pochodzi.

10:21, tajnosti , winnie
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33